Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskidy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskidy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 grudnia 2010

Beskidzkie puchy-czyli Golgota, Bieńkula i okoliczne lasy

Wreszcie spadł śnieg. I to całkiem sporo.

Trudno się sypia jak tyle śniegu dookoła leży.

A, że obaj z Kwaśnym cierpimy na bezsenność o tym samy podłożu, postanowiliśmy zamiast faszerować się meliską zaspokoić głód śniegu w nieco inny sposób…

zwlekliśmy się o 4 rano i pognaliśmy do Szczyrku;
wschód zastał nas na Golgocie, a już o 10 byliśmy grzecznie w pracy ;)

krótki filmik



i kilka zajawkowych screenów





Dzisiejsza, szybka poranna akcja sprawiła, że „trochę mnię sen rozgina” ale za to w myślach cały czas brodzę w puchu ;)

pzdr!

PS. Nie dajcie się zmylić! Piosenka w filmie jest nie o spodniach tylko o nowych deskach Kwaśnego  :)

sobota, 20 marca 2010

Pilsko (1557m n.p.m.) w pierwszy dzień wiosny

I znów dopadało trochę śniegu w górach. Styczeń i luty prawie bezśnieżne, a w marcu sypie... Niestety zaraz za śniegiem przyszła potężna odwilż. Temperatury na nizinach sięgają +17C. Cały świat się cieszy, a mnie trochę smutno... Z Tomkiem "Lochnessem" wybraliśmy się na Pilsko licząc się z faktem, że może to być jedna z ostatnich okazji w tym sezonie by pojeździć beskidzko-pozatrasowo. Powtarzamy mniej więcej naszą trasę z zeszłego roku trochę zbliżoną do trasy Pucharu Pilska sprzed jakiegoś czasu: Pilsko-zjazd do doliny w stronę Tanecznika i Munczolika - podejście na grzbiet - zjazd do Potoku Cebulowego i powrót przez Halę Górową na Miziową. Śniegu dużo, około 140cm w górnych partiach Pilska. Niestety ubywa go w oczach. Dość powiedzieć, że tam gdzie jeszcze rano podchodziliśmy, po południu nie byliśmy już w stanie zjechać. Warunki do zjazdów i do chodzenia trudne. Dodatkowo gwałtowne ocieplenie powoduje spore zagrożenie lawinowe. Będąc w takich warunkach w Tatrach siedziałbym w schronisku lub poszedł na Krupówki... W Beskidach nic nie powinno nam grozić. Chociaż... Idąc w stronę Tanecznika i trawersując strome, porośnięte lasem zbocze słyszymy w pewnym momencie potężne tąpnięcie - przypominające odgłos walącego się głucho obok nas drzewa. Spoglądamy po sobie z Lochnessem wymownie; o kurde... Las co prawda gęsty, wyjechać nie powinno. Ale odgłos przerażający, wywołujący u każdego zimowego górołaza ciarki na plecach. Hmmmm, zresztą kto to wie. Życie pełne jest "pierwszych razów i przypadków". Co mi z tego, że później w gazetach napiszą, że pierwszy raz w historii wyjechała lawina na porośniętym zboczu Pilska, he, he... Wycofujemy się czujnie i dalej już z dużą nieufnością patrzymy na wszystkie strome i odsłonięte stoki. Co chwila zresztą widać same zsuwające się masy mokrego śniegu...
Jazda trudna, foki łachudry przemoczone tak, że można je wykręcać nie trzymają się nart wogóle i o ile na płaskim jeszcze jakoś się idzie, o tyle każde stromsze podejście to ostra walka.
Znów się czegoś nauczyliśmy. Czas pomyśleć nad nowymi patentami na takie warunki - pole ćwiczebne przed wiosennymi Tatrami jak znalazł...

Wyjątkowo słoneczna pogoda; niestety bardzo mocno wieje


na słowackim wierzchołku - bardzo lubię widok stąd na Tatry...



...i na Królową Beskidów czyli Babią Górę


szukamy najstromszego zjazdu z wierzchołka - kierujemy się mniej więcej w stronę Tanecznika...


...i pięknego żlebu z fajnym nastromieniem...



...o, właśnie tego za moimi plecami...


rzadki las i stromy zjazd - czyli to co lubimy w Beskidach najbardziej



trochę lepszy śnieg, pogoda jak dziś, trochę umiejętności skakania i dobry fotograf - oj, można by się polansować ;)


pod żlebem; teraz jeszcze tylko zjazd przez rzadki las...



...w typowo beskidzkich klimatach...


...i już trzeba kleić foki


ostatnie spojrzenie na trasę naszego zjazdu


mniej więcej w takim terenie zaskoczyło nas potężne "łuuuuuuup" - stęknięcie ciężkich mas śniegu oznaczające rozprężanie się pokrywy - doskonale wiemy co to oznacza...


...cichutko jak indianie w odstępach trawersujemy niebiezpieczny teren, dochodząc wreszcie do grzbietu z którego możemy zjechać stromym lasem na dno Potoku Cebulowego


miejscami las się przerzedza...


...by nad samą doliną, którą płynie potok znów wrócić do nastromienia i zagęszczenia, które w głębokim, mokrym i ciężkim śniegu zmuszało do walki o każdy skręt


I wreszcie na dnie dolinki. Śnieg lepił się jak klej; kto choć trochę jeździ na nartach - wie co to oznacza...


szybka herbatka z hałwą i podchodzimy "na czuja" Cebulowym Potokiem...




...by w pewnej chwili wytrawersować w zbocze po lewej stronie i stromym lasem podejść dokładnie pod charakterystyczne skałki znajdujące się przy szlaku z Hali Górowej na Miziową. Tym razem nos nas nie zawiódł :)


temperatura + 15C powoduje, że wszystko jest przeraźliwie ciężkie i mokre, foki nie trzymają pomimo stosowania przeróżnych patentów. Walczymy o każdy metr ;)


w końcu dochodzimy na Halę Miziową


nartostrada przejezdna do Hali Szczawiny - dalej już tylko kałuże; wobec czego ostatni odcinek pokonujemy w nieprzejeżdżonym śniegu pod wyciągiem


jeszcze 2 dni temu był tutaj ponad metr śniegu - dwa dni z temperaturą +15C wyrządzają ogromne szkody... Chyba w tym sezonie pozatrasowo już w Beskidach nie pojeździmy...


Pzdr ;)


wtorek, 2 marca 2010

Szczyrk - skiturowo i integracyjnie

Trza się integrować! I robić iwenty! A co najlepiej integruje? Jasne, że góry i skitury. Wychodząc z tego założenia przyjaciel mój zorganizował firmową wyrypę skiturową, będącą dla niektórych istną Golgotą...
Ale po kolei:

przysposabiamy przyjaciół (po raz pierwszy w życiu) w odpowiedni sprzęt i prezentujemy im dwie fazy skituringu: podejście (beeeeeee...) i zjazd (juuuuuuuhu!). Najpierw faza pierwsza - trzeba podejść Golgotą...


...z uśmiechem na twarzy, by nie dać poznać po sobie zmęczenia...


"pierwszaki" w górę radzą sobie świetnie


Kwaśny - leader w pracy, leader na podejściu...


...po dojściu na górę faza druga - trzeba zjechać. Tu już zaczynają się kłopoty i opresje...


...z których wyprowadza anielska ręka (w tym przypadku narta) samego szefa. Uwaga! Skręęęęęęęęcamy!

 

...i jest! Ufffff, jeszcze tylko jakieś 50 skrętów i będziemy na dole...


...a na dole czeka kolejna grupa i kolejne podejście - dobra okazja by śrubować czas podejścia...


...w aurze sprzyjającej zawodnikom


u góry pokaz skoków (tu Kwaśny ląduje po naprawdę pięknym skoku - uwierzcie mi ;)


szybki zjazd w dół - i za moment znowu w górę. Zabawa trwa tak do wieczora...


...kiedy to wszyscy już wiedzą o co chodzi w skituringu ;)


a integracja, jak to integracja i tak zawsze kończy się w karczmie...


...no bo jak inaczej wznieść toast za przyjaźń, góry i skituring?
Kalorie spalone, można ucztować


Pzdr ;)

sobota, 6 lutego 2010

Wielka Racza - Wielki odwrót oraz Skrzyczne na ducha pocieszenie ;)

W bardzo bojowych nastrojach wybraliśmy się z Lochnessem, Mareckim i kolegą Muzykiem na poszukiwanie śniegu. Celem naszym miała być Wielka Racza, jednak po dojechaniu na miejsce okazało się, że śniegu jest tam ledwo-ledwo. Aby ulżyć trochę potrzebie obcowania ze śniegiem znależliśmy co prawda ładnie wyżnieżoną polanę ale po kilku podejściach i zjazdach doszliśmy zgodnie do wniosku, że takie to małe jakieś i w sumie nie takie fajne...
Wiedząc, że śnieg bankowo jest w Szczyrku, w tym właśnie kierunku urządziliśmy odwrót. Okazało się to słuszną decyzją. Co prawda w Szczyrku ludzi mnóstwo ale wiemy, że po 16 gdy przestaną chodzić wyciągi, stoki w Szczyrku będą tylko nasze ;)
Pomagając sobie wyciągiem wjeżdżamy na Halę Skrzyczeńską, skąd już na fokach idziemy na Skrzyczne. W międzyczasie klaruje się piękna pogoda, trzyma tęgi mróz ale może właśnie dzięki niemu mamy nieprawdopodobną widoczność. Z grani Małe Skrzyczne-Skrzyczne mamy wspaniały widok na Pilsko, Babią Górę i Tatry w tle. Samo Skrzyczne opanowane przez paralotniarzy. Krążą wokół szczytu Skrzycznego niczym ćmy wokół świecy. Przez chwilę zastanawiam się, jakim cudem jeszcze nikt się nie zderzył... Pewnie oni, patrząc z góry na narciarzy myślą: jakim cudem oni są w stanie zjeżdżać nie zderzając się? ;) Coż, życie jest relatywne.
Ze Skrzycznego zjeżdżamy FIS-em, po czym zapinamy foki i zasuwamy FIS-em z powrotem w drugą stronę. Może i bez sensu ale my lubimy. Wyciągi w tym czasie pustoszeją, zaczyna się ściemniać. Różnicę 670m przewyższenia pokonujemy w 1'15''. Dochodzimy do schroniska. Odżywają stare wspomnienia; ostatni raz byłem tutaj w szkole podstawowej ze swoją harcerską drużyną...
W schronisku pyszna kolacja z grzanym piwem (dziś mogę - Lochness prowadzi) i w błogich nastrojach już po ciemku zabieramy się za zjazd. Na grani łapiemy się jeszcze na piękny widok; po prawej ręcę zachodzące słońce i leżący u stóp, rozświetlający się powoli Szczyrk, po prawej białe czapy Babiej i Pilska wynurzające się z ciemności, a powyżej rozgwieżdżone niebo... Jeszcze dziś mam w głowie uczucie wielkiej swobody i wolności jakie towarzyszyło mi podczas zjazdu trawersem ze Skrzycznego...
Teraz tylko szybki zjazd Bieńkulą z czołówkami (a właściwie jedną czołówką - moją - chłopakom sprzęt odmówił współpracy) i już jesteśmy przy samochodzie.

krótka fotorelacja:

na osuszenie łez śmigamy po ściernisku...


...szlifując zadziorne miny i narciarską technikę...



...pełną dynamiki i ekspresji, która jednak...


...czasem zawodzi, he, he


Zmiana miejscówki; idziemy trawersem w stronę Skrzycznego...


...którego szczyt opanowany jest przez glajciarzy. Może i są szaleni ale widoki mają przednie; Pilsko, Babia i Tatry zamykające horyzont...


drużyna - Lochness, ja, Marecki i Muzyk


Dzięki temu wyjazdowi znów przypomniałem sobie co lubię w nartach i górach: lubię pozatrasowość, lubię pozasezonowość, lubię trasy narciarskie po zamknięciu. Tak już mam. Pzdr ;)