sobota, 10 stycznia 2009

Grześ i Rakoń

Segregowałem ostatnio fotki i pomyślałem, że może ciekawie byłoby kilka "odkurzyć". Każdy z nas miał (lub będzie miał) swoja pierwszą, "prawdziwą" tatrzańską turę, kiedy to z Beskidzkich stoków lub z okolic Kasprowego przenosimy się w kolejny etap narciarskiego wtajemniczenia... Banalna ta, zdawałoby się wycieczka narciarska opisana poniżej, zmęczyła mnie bardziej niż późniejsze zjazdy z Rysów czy Baranich Rogów.
Dla wszystkich poczatkujących - pamiętajcie; przygotowanie do sezonu i szlifowanie techniki narciarskiej to jest to co decyduje póżniej o Waszym zdrowiu i samopoczuciu! ;)
-------------------------------------
Mam w pamięci taki piękny, styczniowy dzień gdy pomimo śniegu i siarczystego mrozu Duch Przygody kazał mi opuścić o godzinie 4 rano moje przytulne, wygodne i ciepłe łóżko. Po krótkiej z nim szarpaninie dałem za wygraną. Na Ducha Przygody nie ma mocnych. Łeb pod kran, herbata do termosu, odśnieżyć auto i ziuuuuu! Jeszcze podczas parzenia herbaty budzę Kwaśnego; teraz już pędzę w jego kierunku i za moment zaspane i zaskoczone sytuacją ciało kolegi ładuje się niezgrabnie do samochodu. Kilka godzin i dobrze znana zakopianka doprowadza nas do Chochołowa. Przysposabiamy się turystycznie i rozpoczynamy akcję górską. Na dobry początek 7km z buta Dol. Chochołowską. W schronie motywujemy się do dalszej akcji śniadaniem i czekoladą na gorąco, po czym już na nartach pędzimy ku pierwszemu z naszych celów – Grzesiowi (słow. Lučna, 1653 m n.p.m). Pogoda jak drut; słońce, mróz, bezwietrznie. Góry puste. Męczące podejście i rekompensata w postaci niesamowitej przejrzystości powietrza i pięknych widoków na Tatry, Podtatrze i Beskidy. Na Grzesiu łyk zasłużonej herbaty, przestawiamy wiązania i buty do zjazdu i pędzimy w stronę Długiego Upłazu i nim na Rakoń (1879 m n.p.m.). Po drodze dwa lub trzy kryzysy kolegi Kwaśnego (k… daleko ten Rakoń, może wrócić, co?), lekka zmiana planów (p…e do Rakonia dojdę ale na Wołowiec to już nie idę!) i w końcu dochodzimy na szczyt Rakonia. Na szczęście zrobiło się na tyle późno, że rezygnacja z wchodzenia na Wołowiec (2064 m n.p.m.) wydaje nam się oczywistością podyktowaną zdrowym rozsądkiem (he, he). Teraz już pozostaje nam jedno: zjazd. Kwaśny się cieszy (bo świetnie jeździ na nartach), ja cieszę się mniej (jeżdżę duuuuuuuużo gorzej i dopiero uczę się jeździć pozatrasowo). Google na oczy i startujemy. Kwaśny, o ile spruł się na podejściu teraz odżywa i kręci w puchu esy-floresy. Ja, świeży na podejściu – teraz stękam. Każda gleba to kilkuminutowe szukanie nart i wygrzebywanie się z głębokiego śniegu. Do Chochołowskiej dojeżdżam ledwo żywy. Jeszcze tylko półtoragodzinne „dawanie z łyżwy” i meldujemy się przy aucie. Kwaśny świeży i radosny jak zimorodek, ja z podkrążonymi oczyma i czerwoną z wysiłku twarzą. Tak, tak, ja wiem: mężczyznę poznaje się po tym jak kończy….

krótka fotorelacja:

pełni energii i przepojeni Duchem Przygody butujemy Chochołowską


pierwsze męczące podejście – Grześ



kryzys wieku średniego – na szczęście Rakoń tuż, tuż…


…wreszcie zziajani uwalamy się na szczytowym śniegu i kontemplujemy świat dookoła. Czyli np. z jednej strony Babcię, która białą czapą dumnie zamyka horyzont…


 …a z drugiej całą masę innych śnieżnych pagórków (Jezu, kiedys to wszystko trzeba będzie zjechać…)


Rozpoczynamy zjazd – Kwaśny odżywa. Hmmmm…


…ślad kolegi jakiś taki zakręcony i dziwnie regularny… A ciul tam, jade po swojemu!


 …i gleba…

 

po drodze mijamy podchodzącą grupę. Aleeeeeee obciach…… góry miały być puste!


Nic to. Trza z dumą zjechać do końca


…a Kwaśny tymczasem z wdziękiem i lekkością śmiga w dół w stronę zbyt bliskiej (dla niego) i jednocześnie tak dalekiej (dla mnie) Doliny Chochołowskiej…

 

 

No co? Każdy się kiedyś zaczyna uczyć jeździć pozatrasowo ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz